poniedziałek, 19 października 2015

5 hitów blogosfery, które się u mnie nie sprawdziły




Odkąd zaczęłam w miarę regularnie czytać blogi, w moje ręce wpadło naprawdę wiele świetnych produktów. Moje wizyty w drogerii nie polegają już na wrzucaniu do koszyka tego, co jest ładne, chociaż w dalszym ciągu mam ogromną słabość do pięknych i estetycznych opakowań. Zanim się spostrzegłam, mój notes był wypełniony w większości produktami, które muszę wypróbować, bo skoro wszyscy je chwalą, to na pewno muszą być świetne. Dziś chciałabym Wam przedstawić mój top of the top kosmetycznych porażek i rozczarowań, czyli kosmetyki, które sprawdzają się u wszystkich z wyjątkiem mnie! 




1. Sylveco, Lekkie kremy


Sylveco jest marką, która wkroczyła w polską blogosferę z wielkim rozmachem. Każda strona, każda blogerka krzyczała do mnie : kup Sylveco, będziesz szczęśliwa. W wyniku nadzywczajnego zbiegu okoliczności pewnego pięknego dnia zjawiłam się w aptece, w której swoim okiem z kosmetycznym radarem dostrzegłam JEGO - Lekki krem brzozowy. Był to czas, w którym byłam po kuracji retinoidem, więc moja skóra potrzebowała wtedy solidnego nawilżenia i odżywienia. Muszę przyznać, że byłam naprawdę zadowolona, a krem uzyskał u mnie miano produktu miesiąca (KLIK). Bardzo podobało mi się, że szybko się wchłania, fantastycznie nawilża i uelastycznia skórę oraz nadaje się pod makijaż. Miesiące mijały a moja skóra z suchej zmieniała się w mieszaną w stronę suchej. I to właśnie wtedy Lekki krem brzozowy zaczął mi dosłownie ciążyć. Rezultat był taki, że nie skończyłam opakowania. Do Sylveco wróciłam rok później, kiedy to podczas praktyk w biurze moja skóra została narażona na ekstremalne doświadczenie w postaci kompletnej suszy. Do dziś nie jestem w stanie pojąc, jak ci ludzie mogli tam wytrzymać. Za każdym razem kiedy przebywałam w tym miejscu, moja skóra stawała się napięta, czerwona, ściągnięta, swędząca, na co reagowała wzmożonym wydzielaniem sebum. W pewnym momencie zaczęłam nosić ze sobą w torebce wodę termalną, ale wiedziałam, że potrzebuję czegoś jeszcze. Lekki krem nagietkowy wydawał mi się idealny - według zapewnień producenta przeznaczony jest do skóry łuszczącej się, podrażnionej, zaczerwienionej, zanieczyszczonej i szorstkiej. W dodatku do każdego rodzaju cery. Jak się okazało z wyjątkiem mojej :) Krem naprawdę przynosił ulgę i sprawiał, że skóra nie reagowała zaczerwienieniem. Skutkiem ubocznym był natomiast okropny wysyp krost. W moim przypadku lekkie kremy są zwyczajnie za ciężkie, więc jestem przekonana, że nie kupię już trzeciego wariantu, czyli kremu rokitnikowego. 



2. Mydło Aleppo


Syryjskie mydło Aleppo stanowiące mieszankę oleju z oliwek oraz oleju laurowego to supernaturalne źródło nawilżenia i odżywienia produkowane już od ok. 2000 lat. W zależności od stężenia oleju laurowego bądź silniej nawilża bądź silniej oczyszcza. Tak czy siak, dla większości osób borykających się z zanieczyszczoną skórą jest to naprawdę wielki hit. Mydło nie tylko wspaniale oczyszcza pory, zmniejszając ilość zaskórników, ale również redukuje blizny potrądzikowe oraz odżywia skórę. W moim przypadku jest jednak odwrotnie.W zasadzie po każdym umyciu twarzy mydłem Aleppo moja skóra była potwornie napięta. Potem było już tylko gorzej - okropnie bolące wulkany usiane na całej twarzy. Pomyślałam sobie, że szkoda jest wyrzucić takie cudo! Zaczęłam więc używać go w pielęgnacji dekoltu oraz ramion, na których borykam się z rogowaceniem okołomieszkowym. Niestety znów spotkała mnie porażka. Dekolt skończył tak jak twarz, a problem na ramionach tylko się zaostrzył...


3. Bioderma Sensibio, Płyn micelarny do skóry wrażliwej


KWC. Płyn kochany przez wszystkich. Sięgnęłam po dwupak, bo taniej. Skutecznie zmywa makijaż, ale nie odnotowałam żadnego efektu wow. Mniej więcej po tygodniu stosowania moja twarz była bardzo podrażniona, w szczególności na czole. Bardzo się łuszczyła i piekła, żaden krem nie był w stanie jej ukoić. Potem zaczął się wysyp. Nie był typowy, tak jak np przy kremach, kiedy pojawia się milion zamkniętych zaskórników i kilka gul. Pojawiały się same gule, dosyć bolące, ale inne niż zazwyczaj. Początkowo nie powiązałam tego problemu z Biodermą, bowiem myślałam, że chodzi o czynniki zewnętrzne - mróz, ogrzewanie, suchość, a potem to nieszczęsne biuro. Wszystko do czasu, kiedy jadąc do domu rodzinnego, zapomniałam wziąć ze sobą płyn micelarny. Moja skóra odżyła! Wspomogłam się nieco wapnem i problem zniknął. Pewnego dnia podczas wizyty w Super-Pharm opowiedziałam o tym dermokonsultantce, która stwierdziła, że coraz więcej osób zgłasza w stosunku do Biodermy takie zastrzeżenia.

4. Make Me Bio, Garden Roses - Nawilżający krem dla skóry suchej i wrażliwej


Naprawdę uwielbiałam ten krem. Zamknięty w uroczym małym opakowaniu, bardzo treściwy, pachnący delikatnie różą. Fantastyczny skład. Stosowałam go jeszcze w czasie, kiedy moja skóra była sucha. Pozostawiał skórę miękką i gładziutką, elastyczną oraz nawilżoną. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że kompletnie nie chciał się wchłonąć. Nieważne czy aplikowałam grubaśną czy cieniutką warstewkę. Skutkiem ubocznym było zapchanie. Bardzo długo zastanawiałam się nad przyczyną, bowiem inne kremy do skóry suchej nie wykazywały u mnie tak dziwnego działania. Najbardziej skłaniam się ku temu, że to któryś z obecnych w składzie olejków był dla mojej skóry po prostu za ciężki. Wielka szkoda, bo to naprawdę świetny produkt i rozumiem zachwyt wielu z Was. Osobiście znalazłam dla niego inne zastosowanie. Czasem używam go na noc do rąk, czasem do stóp, niekiedy zaś wklepuję odrobinę w ramiona. Po każdym użyciu jestem zadowolona, chociaż jest mi przykro, że już więcej do niego nie wrócę.



5. Ziaja Liście Manuka, pasta


Podobnie jak kremy Sylveco, Pasta z serii Liście Manuka w bardzo szybkim czasie stała się wielkim hitem. Wiele dziewczyn pisało o świetnym oczyszczeniu skóry oraz pozbyciu się zaskórników, a na tym mi najbardziej zależało. W związku z faktem, że pasta jest niedroga, zdecydowałam się spróbować. Już przy pierwszym użyciu byłam nieco rozczarowana. Pasta przypomniała mi produkty, których używałam jako nastolatka do pielęgnacji mojej trądzikowej wówczas cery. Swoim wyglądem i zapachem kojarzyła mi się z pastą do zębów, a rozsądek mówił mi - uważaj, będzie wysuszać. Początkowo podchodziłam do niej jak pies do jeża, zaczęłam od aplikacji na sam nos, ale nie zauważyłam niczego złego, więc przy kolejnym użyciu nałożyłam ją na całą twarz. Kilka sekund po aplikacji czułam się jak mumia. Miałam wrażenie, że pasta wysysa ze mnie całą zgromadzoną w naskórku wodę. Moja mimika była w zasadzie zerowa. Faktycznie zaskórników było jakby mniej, więc byłam w miarę zadowolona - do czasu kiedy pasta zafundowała mi cudowną pryszczycę (nie da się tego inaczej nazwać), którą leczyłam ok. 2 tyg - i to połączoną z okropnym przesuszeniem twarzy. Więcej moich przygód z pastą opisałam w tym poście (KLIK).


Chciałabym, abyście podeszły do tego posta z przymrużeniem oka. Daleko mi do produktowego hejtera i większość tych historii wspominam z rozbawieniem, chociaż wiem, że wtedy na pewno nie było mi do śmiechu. Mam wrażenie, że takie doświadczenia wpłynęły na mnie pozytywnie. Postanowiłam przystopować z testowaniem na sobie różnych kosmetycznych nowinek, ponieważ stwierdziłam, że nie chcę zrobić sobie krzywdy. W zasadzie obecnie przed zakupem dokładnie, a zwykle nawet zbyt przesadnie, badam różne opinie o wszelkiego rodzaju produktach. Ma to na pewno swoje dobre strony. Coraz bardziej skłaniam się ku kosmetycznemu minimalizmowi, staram się używać produktów, które sprawdziły się u mnie dobrze i to właśnie na nich opierać swoją pielęgnację. 


Jestem ciekawa, czy wy również macie swoje kosmetyczne wtopy, które są hitami ! Dajce znać w komentarzach :)







Źródła:
2. Aleppo
5. Ziaja

piątek, 3 października 2014

Stara Mydlarnia, Eco receptura Peony - płyn micelarny



Stara Mydlarnia kojarzy mi się z krainą zapachów, kolorów i rozkoszy. Niestety produkty tej firmy spotykałam dotychczas sporadycznie i były to przeważnie sole do kąpieli. Jak tylko dowiedziałam się, że w sąsiednim mieście powstał sklepik sprzedający produkty Mydlarni, skorzystałam z okazji i zrobiłam sobie mały wypad :) W sklepie spędziłam dobre pół godziny przeglądając praktycznie wszystko po kolei. Gdyby nie wyznaczony zawartością portfela limit, zapewne zaopatrzyłabym się w cały sklep. Jedną z rzeczy, które wpadły do mojego koszyka jest płyn micelarny z serii Eco receptura Peony. Jak się sprawdził? Zapraszam do lektury!



Płyn micelarny 3 w 1:  • oczyszcza • łagodzi • anti-age 
Przeznaczony do oczyszczania i demakijażu dla osób ze skórą wrażliwą, skłonną do niedoskonałości. Doskonale usuwa makijaż nawet wodoodporny. Posiada działanie łagodzące dzięki dodatkowi alantoiny. Ekstrakt z peonii wzmacnia i chroni naczynia krwionośne, działa przeciwstarzeniowo i przeciwzapalnie. 


Składniki aktywne:   

• GLICERYNA ROŚLINNA • SOK Z ALOESU • EKSTRAKT Z PEONII • GINKO BILOBA EX. (EKSTRAKT Z MIŁORZĘBU) • ALANTOINA

0% SLES, SLS, ALS, 0% PARABENS, 0% FORMALDEHYDE, 0% VASELINE, 0% PARAFFIN OILS, 0% SILICONES, 0% ETHANOLAMINES

Kosmetyk otrzymał ZNAK JAKOŚCI VEGE Fundacji Międzynarodowy Ruch na Rzecz Zwierząt – Viva!, wydawcy Miesięcznika VEGE dla produktów, które nie zawierają żadnych składników z uboju zwierząt i pochodzenia zwierzęcego.




Aqua, Polyglyceryl-4 Laurate/Sebacate (and) Polyglyceryl-4 Caprylate/Caprate*, Vegetable Glycerin, Aloe Barbadensis Leaf Juice (Sok z aloesu), PEG-75 Lanolin, Phenoxyethanol (and) Ethylhexylglycerin, Paeonia Albiflora Root Extract (Ekstrakt z peonii), Ginko Biloba Leaf Ex. (Ekstrakt z miłorzębu), Allantoin (Alantoina), Linalool, D-Limonene,Geraniol. 


Micel zamknięty jest w gustownej buteleczce o pojemności 200 ml. Termin przydatności od otwarcia wynosi 6 miesięcy. Przyznam szczerze, że etykieta była jednym z powodów, dla których kupiłam ten produkt :) Być może trafiłam na wadliwe opakowanie, aleee - zamknięcie okazało się być nieszczelne. I tak gdy wybrałam się w podróż, okazało się, że zalałam kosmetyczkę i to co było pod nią. Jaki był tego plus? Wszystko pachniało peoniami ! 




Płyn ma typową micelarną konsystencję. Bardzo ładnie zmywa makijaż - w tym również trudnozmywalne produkty do makijażu oka typu eye liner. Podkład schodził już zazwyczaj po jednym waciku, mocniejszy makijaż oka po dwóch. Tym samym płyn okazał być się całkiem wydajny (oczywiście pomijając fakt, że połowa się wylała). Niestety moja skóra nie polubiła się z tym produktem. Dlaczego? W zasadzie pierwszy raz spotkałam się z takim micelem, a mianowicie pozostawiającym na skórze nieco lepkawą warstwę. Wszystko to zaczęło powodować lekki wysyp na twarzy, a samo uczucie lepkości po prostu mnie frustrowało. Nie jestem chemikiem, nie znam się super na składach i nie wiem, który składnik może być za to odpowiedzialny. Biorąc pod uwagę ilość substancji aktywnych takie działanie naprawdę mnie rozczarowało. 




Mimo lekkiego falstartu wciąż jestem bardzo zainteresowana produktami Starej Mydlarni. Bardzo cieszy mnie fakt, że pojawia się coraz więcej sklepów tej marki, a co za tym idzie większość produktów dostępnych jest stacjonarnie. Stara Mydlarnia ma bardzo szeroką i kuszącą ofertę:)


Miałyście do czynienia z produktami Starej Mydlarni?
Które z nich polecacie?






wtorek, 12 sierpnia 2014

Ulubieńcy lipca




Pozostając w tematyce lipca dziś chciałabym Wam pokazać moich ubiegłomiesięcznych ulubieńców. Zanim jednak przejdę do tematu, chciałabym Wam bardzo serdecznie podziękować za Waszą obecność na blogu - liczba wyświetleń ostatniego posta była dla mnie wielkim zaskoczeniem. Jeżeli macie chęć, zapraszam Was do komentowania oraz śledzenia strony. Sprawiacie mi tak wiele radości ! 

Lipcowe upały dały mi się mocno we znaki. Moja skóra radziła sobie z nimi średnio, w związku z czym moja lipcowa pielęgnacja polegała przede wszystkim na nawadnianiu i nawilżaniu mocno wysuszonej słońcem skóry. Natomiast jeśli chodzi o makijaż, postawiłam na zmatowienie cery i kolorowe barwy na ustach. 




The Body Shop, Wild Argan Oil Masełko do ciała - trafiło do mnie jako nagroda w konkursie organizowanym przez TBS na facebooku. Ujęło mnie cudownym zapachem, mocno zbitą i konkretną konsystencją oraz fantastycznym działaniem. Oparte na maśle shea i maśle kakaowym wspaniale i długotrwale nawilża, pozostawia skórę gładką, miękką i pachnącą. Totalnie się zauroczyłam ! Seria Wild Argan Oil dostępna jest od 8 sierpnia w sklepach The Body Shop.

Na pełną recenzję zapraszam tutaj : KLIK




Swojej lipcowej pielęgnacji nie wyobrażam sobie również bez duetu polskiej marki Dermedic, a mianowicie : Płynu micelarnego oraz Maski nawadniającej z serii Hydrain3 Hialuro przeznaczonej do skóry bardzo suchej i odwodnionej. 
Micel bardzo fajnie oczyszcza, a przy tym jest nieziemsko delikatny dla skóry. Pozostawia skórę mięciutką, nawilżoną i pozbawioną zanieczyszczeń. Maska z kolei głęboko nawilża, a w zasadzie nawadnia nawet bardzo suchą cerę. Duet wspaniale łagodzi podrażnienia posłoneczne i przywraca skórze właściwy poziom nawilżenia. Oba mają piękny, delikatny zapach. 

Na pełne recenzje zapraszam tu : płyn micelarny , maska.




Kasztanowy żel do nóg Ziaja okazał się wybawcą dla moich opuchniętych stóp. Jeżeli borykacie się z takim problemem podczas upałów, warto sięgnąć po specjalne żele, które uspokoją stopę. W moim przypadku najskuteczniejsza okazała się właśnie Ziaja. Żel kosztuje niewiele, a daje duże ukojenie, nawilżenie i odświeżenie. Towarzyszył mi w podróżach i był stałym elementem w mojej lipcowej kosmetyczce.




Pat&Rub, Relaksujący balsam do rąk - wiecie jak pachnie trawa cytrynowa połączona z kokosem? Jeśli nie, koniecznie powąchajcie ten balsam ! Jest to mój absolutny hit. Uwiódł mnie nie tylko swoim zapachem, ale w szczególności składem i działaniem. Bogactwo olejków, prawdziwe i długotrawałe nawilżenie oraz ładniejsze i silniejsze paznokcie. Przyznaję - jestem uzależniona. 

Pełna recenzja : KLIK




Inglot, Matujący puder transparentny - Pisałam o nim już rok temu, piszę o nim również teraz. Dlaczego? Bo nie wyobrażam sobie wakacyjnego makijażu bez niego. Na co dzień mam dosyć suchą skórę, która w czasie upałów nagle płata mi figla i wydziela mnóstwo sebum. Inglot gwarantuje mi szybkie i wygodne zmatowienie. Puder jest malutki, więc bez problemu mieści się w kosmetyczce i torebce. W środku znaleźć możemy małą poduszeczkę, przy pomocy której aplikujemy produkt na twarz. Mat jest bardzo fajny, długotrwały - słowem : mój must have !

Na pełną recenzję zapraszam tutaj : KLIK




W związku z tym, że nie mam zdolności manualnych, a cienie w moich rękach stanowią poważne zagrożenie (dla mnie i dla doznań estetycznych otoczenia), główny nacisk stawiam na usta. Oprócz koloru, nie mogłam zapomnieć oczywiście o pielęgnacji. W tej roli świetnie sprawdziła się Aloesowy balsam do ust Coloris, Laura Conti. Świetnie i długotrwale nawilża, sprawdza się również jako baza pod pomadkę. Moje usta bardzo go polubiły - są mięciutkie, gładkie, zrelaksowane i gotowe na nałożenie koloru. 

W lipcu kładłam nacisk na dziewczęce i intensywne kolory. Jeśli chodzi o ciepłe barwy, najczęściej sięgałam po szminkę Astor Soft Sensation o numerze 111. Intensywna, truskawkowa czerwień pięknie prezentowała się na ustach nie narażając mnie na dyskomfort myślowy typu : czy przypadkiem się nie zrolowała, czy nie mam białych plamek na ustach, czy nie wyglądam jak dziwoląg? 
Recenzja : KLIK

Z kolei jeśli chodzi o zimne barwy, najczęściej stosowałam Babylips od Maybelline w słodko różowym odcieniu Pink Punch. Jest to bardzo dobrze napigmentowana pomadka ochronna, która oprócz tego, że nadaje ustom naprawdę uroczy kolor, to w dodatku pielęgnuje. Myślę, że zasługuje na odrębną recenzję, dlatego dziś jedynie Wam ją wizualnie zaprezentuję. Jeśli nie znacie Babylips, zapraszam do obserwowania bloga. Recenzja na pewno się pojawi :)




Znacie któryś z produktów?
Jacy są Wasi lipcowi ulubieńcy?




sobota, 26 lipca 2014

Kolejny hit od Dermedic? Płyn micelarny



Pewnie większość z Was korzysta teraz z bardzo słonecznej pogody i cieszy się weekendem, ale dla tych z Was, które jakimś cudem pozostały przy komputerze mam dziś do przedstawienia produkt, który może pomóc w ukojeniu wysuszonej słońcem cery. Od pewnego czasu na polskim rynku coraz większą popularnością cieszą się produkty naszej rodzimej marki Dermedic, która oferuje wachlarz preparatów przeznaczonych do pielęgnacji skóry - w szczególności suchej, wrażliwej, alergicznej czy odwodnionej. Ich maseczka do twarzy, o której możecie więcej poczytać tu, bardzo przypadła mi do gustu, więc postanowiłam włączyć do swojej pielęgnacji również płyn micelarny z przeznaczonej do mojej cery serii Hydrain 3. Jeżeli jesteście ciekawe, jak sprawdził się micel, zapraszam do lektury :)


Płyn micelarny H2O zmywa makijaż i wszelkie zanieczyszczenia, pozostawiając uczucie świeżości i czystości - micele estrów kwasów tłuszczowych przyciągają zanieczyszczenia bez potrzeby nadmiernego tarcia skóry wacikiem.
Nie podrażnia oczu - hypoalergiczny - czystość, jaką daje woda termalna nie powoduje podrażnień.
Nie wysusza skóry - Hyaluronic Acid - kwas hialuronowy, kompleks Hydroveg VV - zmiękczają i utrzymują nawilżenie warstwy rogowej skóry.
Nie zatyka porów. Nie pozostawia filmu na skórze.
Zawiera wodę termalną ze źródeł Uniejowa. 



Rezultat:

Zmywa makijaż i wszelkie zanieczyszczenia, pozostawiając uczucie świeżości i czystości










Aqua, Glycerin, PEG-7 Glyceryl Cocoate, Sodium Hyaluronate, Urea, Diglycerin, Sodium PCA, Hydrolyzed Wheat Protein, Sorbitol, L-Lysine, Allantolin, Lactic Acid, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Parfum, Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol.


       Składniki aktywne: 

Woda termalna, Kwas Hialuronowy, Hydroveg VV, Gliceryna











Hydrain 3 Hialuro przeznaczony jest dla skóry bardzo suchej i odwodnionej. Płyn zamknięty jest w plastikowej buteleczce, a do wyboru mamy 2 pojemności : standardową 200 ml lub mniejszą 100 ml.
Mniejsze opakowanie bardzo fajnie sprawdza się w podróży :) Produkt aplikuje się bardzo łatwo, płyn się nie wylewa i nie ma też problemu z jego wydobyciem. Jeżeli miałyście okazję testować inne produkty Dermedic, to doskonale znacie ich zapach. Jeśli nie - micel pachnie delikatnie i bardzo przyjemnie.



Do pełnego demakijażu wystarczają mi zwykle 2 płatki - nigdy więcej ! Przy lekkim make-upie już 1 płatek zmywał całość, drugi zawsze był czysty. Przy nieco mocniejszym 2 są naprawdę wystarczające. Nie polecałabym go do demakijażu oczu, ponieważ tutaj musiałybyśmy się nieco napracować (dlatego do demakijażu oczu używam zawsze dwufazówek). Micel jest do tego całkiem wydajny. 

Płyn usuwa makijaż i zanieczyszczenia z twarzy skutecznie, delikatnie, bez potrzeby tarcia. Pozostawia skórę odprężoną, zrelaksowaną i lekko nawilżoną. Nie zatyka porów i nie obciąża. 



W przypadku mojej przesuszonej i odwodnionej skóry micel z Hydrain 3 okazał się świetnym uzupełnieniem pielęgnacji. Demakijaż nim to czysta przyjemność - tak przynajmniej czuje moja twarz. Myślę, że będzie odpowiedni dla dziewczyn z suchą, wrażliwą czy alergiczną skórą. Często stosuję go jako tonik po dokładnym oczyszczaniu twarzy czarnym mydełkiem, które mocno wysusza, i w takiej formie również bardzo fajnie się sprawdza. Nie przebił swoim działaniem Biodermy, ale myślę, że jest fajną i tańszą alternatywą.

Dostępność : apteki i Super-Pharm
Cena : ok. 20 zł/ 200 ml (można dorwać na promocji) 


Jakie są Wasze ulubione micele?
Stosujecie produkty Dermedic?



sobota, 31 sierpnia 2013

Projekt Denko : Sierpień 2013


 


Po długich miesiącach przerwy wracam do denkowania. Lipiec okazał się .... cóż, dnem, ale akurat w niepozytywnym znaczeniu. Dno było więc takie, że żadnego dna nie było. Sierpień okazał się bogatszy (po odnotowaniu problemów z domknięciem kosmetycznej szafki) i tak udało mi się zdenkować sporo, jak na mnie, rzeczy. Walka z chomikowaniem trwa. I to pełną parą :)



 


Do mojej denkowej kolekcji dołączyły produkty zarówno do ciała jak i te dedykowane twarzy czy włosom. Zauważyłam, że zużywam najwięcej kremów i balsamów. Zaczynamy więc od dolnych partii ciała ...


 


Krem do stóp z Ziaji zawiera w swoim składzie ekstrakt z owoców drzewa Tara, stabilizowany mocznik, prowitaminę B5, oligosacharydy i oligopeptydy z ekstraktu z białego łubinu. Zamknięty jest w dosyć twardym opakowaniu, które przy końcówce może sprawiać problemy. W takim przypadku wystarczy przeciąć opakowanie na pół i nagle okazuje się, że kremu jest jeszcze dosyć sporo. Opakowanie jak widać jest energetycznie pomarańczowe a zapach orzeźwiająco/odświeżająco cytrusowy. Jeśli chodzi o samo działanie to nie nazwałabym go głęboko nawilżającym a jedynie nawilżającym. Bardzo szybko się wchłaniał i ... no właśnie - przez to niezbyt nawilżał. Zdecydowałam, że po takim wchłonięciu zastosuję go kolejny raz i założę skarpetki. Nawilżenie było minimalne. Plus za dostępność, można go dorwać praktycznie wszędzie. 



 


Elo-baza to seria kosmetyków pochodzących z Polski. Dostępne są w aptekach za niezbyt wygórowaną cenę. Emulsja wchłania się błyskawicznie i jak dla mnie fantastycznie nawilża - i mówię to ja - człowiek ze skórą wysuszoną w stopniu dramatycznym. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej, zapraszam na oddzielną recenzję poświęconą Elo-bazie - KLIK



 

Masło do ciała od Green Pharmacy to mój faworyt tego lata. Pierwszy raz spotkałam się z tak zbitą konsystencją masła i nieco się jej obawiałam - jak się okazało zupełnie niepotrzebnie. Nie dość, że pięknie pachnie to jeszcze bosko działa. Chociaż jest to miłość wakacyjna wróżę nam naprawdę długi staż. Na dłuższą recenzję zapraszam tu. 

Mam zamiar przetestować oczywiście wszystkie dostępne wersje <cwaniak>


 


Płyn do kąpieli tudzież po prostu żel pod prysznic od Palmolive trafił do mnie, bo miałam akurat zapotrzebowanie na taki produkt a on akurat był w cenie promocyjnej. Stwierdziłam, że oliwka i mleczko nawilżające to dosyć fajne połączenie. W domu zasiadłam do oglądania swoich łupów wojennych i tak odkryłam, że oliwa tam naprawdę jest - z tym że w zasadzie na końcu składu. Płyn ma gęstą konsystencję, ładnie pachnie, pięknie się pieni i dobrze myje. Nieco wysusza. Słowem - jest przyzwoity jak na żel/płyn do kąpieli przystało.


 


Tego pana nikomu przedstawiać nie trzeba, ale por forma - płyn micelarny Bourjois, czyli hit blogosfery i KWC na Wizażu. Bardzo dobrze usuwa makijaż, ładnie pachnie, jest delikatny i nie podrażania. Kto go nie zna, powinien zainwestować w taką znajomość. Myślę, że warto go zawsze mieć gdzieś w pobliżu. Jedyne do czego mogłabym się przyczepić to brak jakiś szczególnych właściwości pielęgnacyjnych.


 


Teraz przechodzimy do produktów mini. Na zdjęciu wyżej Anthelios od La Roche-Posay, czyli żel-krem do twarzy suchy w dotyku - ochrona bardzo wysoka : SPF 50+, PPD 31.  Mówiąc krótko : świetny produkt. Idealny dla cery tłustej. Łatwo się rozprowadza, ale szybko uzyskuje ten efekt suchości w związku z czym nie obciąża i nie natłuszcza dodatkowo tłustej cery. Przy cerze suchej również świetnie się sprawdza. Jedynym minusem jest jego cena. Towarzyszył mi podczas lipcowych upałów i sprawdził się znakomicie. 


 


Miałam szansę przetestować również 2 warianty kremów od Decubal - krem wypełniający i rewitalizujący oraz krem odżywczy i intensywnie nawilżający. Oba spisały się bardzo dobrze, ale gdybym miała wybrać faworyta byłby to krem w białym opakowaniu. Jest nieco lżejszy i nie pozostawia nieprzyjemnej warstewki na twarzy, co niestety robił krem w wersji czerwonej. Oba świetnie nawilżają, ale tak jak wspomniałam - biały był naprawdę fantastyczny. 



 


Teraz trochę żalów i lamentów... To coś na górze to nie jest maska. Jest to różowe coś, które robi z włosów koszmar. Do tej pory bardzo lubiłam maski Biovaxu, ale ta jest zwyczajną klapą. Włosy są po niej splątane, sztywne, szorstkie, matowe - mam wrażenie, że podobny efekt otrzymałabym po umyciu włosów szarym mydłem. Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. 


 

Farouk, CHI to profesjonalna marka fryzjerska. Dawno, dawno temu, gdy  byłam u fryzjera, pani poleciła mi właśnie ten jedwab. Od tego czasu, z drobnymi wyłomami, jedwab z CHI towarzyszy mi na okrągło. Wielki plus za to, że w składzie brak jest alkoholu a za to mamy prawdziwy jedwab (hydrolized silk) oraz filtry UV. Jest wydajny, ładnie pachnie no i co najważniejsze - nie obciąża włosów, nie powoduje strączkowania, sprawia, że włosy są gładkie, miłe w dotyku i błyszczące. Idealny do zabezpieczenia końcówek. Warto rozejrzeć się za nim na Allegro, bo można go znaleźć już od ok. 3 zł.


Jeśli wytrwałyście do końca moich wypocin, gratuluję Wam wytrwałości :) Jak tam Wasze sierpniowe zużycia? Polecacie coś?





piątek, 8 lutego 2013

Zimowy projekt denko

 


Dziś post podsumowujący mój pierwszy projekt denko. Już jakiś czas temu zauważyłam, że kosmetyki wypadają mi z szafek, szaf, szuflad, pojemników i innych skrytek a nowe po prostu nie mają gdzie się podziać - i wtedy to właśnie natknęłam się na post o denkowaniu i postanowiłam spróbować. Na początku szło baaardzo opornie. Obiecałam sobie, że nie kupię nic nowego dopóki nie opróżnię tego, co mam. Miało zadziałać dobrze, ale na moją oporną psychikę zadziałało wręcz odwrotnie. Denkowanie irytowało mnie coraz bardziej a pokusa na zakup nowych rzeczy była coraz większa. Postanowiłam więc zmienić sytuację i znalazłam złoty środek - pozwalam sobie na kupno bez szaleństw, jeśli jakaś rzecz krzyczy do mnie "Hej Ty, musisz mnie mieć!", to ją biorę, bo wiem, że nie da mi spokoju. Przed każdym zakupem rozważam czy jest to coś czego mi naprawdę potrzeba czy zwykły kosztowny kaprys. I tak oto przedstawiam moje pierwsze denko z miesięcy zimowych, głównie stycznia, z którego jestem bardzo dumna :) 




Dwa peelingi - jeden 2 razy tańszy od drugiego i jednocześnie 2 razy lepszy. Zarówno peeling z Iwoniczanki jak i peeling od Oriflame bazują na soli, co sobie bardzo chwalę. Moja skóra zdecydowanie lubi się z peelingami solnymi. Według mnie Iwoniczanka bije Oriflame na głowę - lepiej ściera, lepiej nawilża i ładniej pachnie. Cenowo 2 razy taniej. Oczywiście żaden z nich nie jest w stanie zastąpić mi Pat&Rub, ale jeśli poszukujecie dobrego i przyjaznego cenowo ścieraka to polecam Wam Iwoniczankę.

Więcej o obu peelingach możecie poczytać tu:






Jeśli chodzi o zużycia "włosowe" to w grudniu i styczniu udało mi się skończyć szampon nawilżająco-regenerujący z Joanny.


Skład: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Sodium Chloride, Cocamidopropyl Betaine, Glycereth-2 Cocoate, Cocamidopropylamine Oxide, Polyquaternium-7, Mel Extract, Hydrolyzed Milk Protein, Propylene Glycol, Panthenol, Citric Acid, Disodium EDTA, Parfum, DMDM Hydantoin, Methylchloroisothiazolino ne, Methylisothiazolinone. 
Skład wydaje się być całkiem w porządku, ale rewelacji nie ma. Nie zawiera silikonów, pojawia się SLES. Oprócz tego zawiera ekstrakt z miodu, proteiny mleka i witaminę B5 (pogrubione). Nie jest przeładowany chemią, ale z tego co wyczytałam zamiast nawilżać może wysuszać włosy. I tak też się stało w moim przypadku. Więcej po niego nie sięgnę. 

Dwa opakowania nafty kosmetycznej zużyłam nie tylko do włosów - jako składnik maski jajecznej (więcej możecie znaleźć tu) , ale przede wszystkim do toniku pichtowego, który perfekcyjnie oczyszcza skórę z zanieczyszczeń.




W miesiącach zimowych udało mi się również zużyć tonik i 2 płyny micelarne. Garnier Czysta Skóra Active to dla mnie produkt zdecydowanie nietrafiony. Chciałam mieć w swojej kolekcji coś silnego, ale on okazał się jednak za silny. Tonik składa się przede wszystkim z alkoholu, co można wyczuć w jego okropnym spirytusowym zapachu i pieczeniu po nałożeniu na skórę. Zwęża pory, zasusza niedoskonałości, ale często stosowany wywołuje spustoszenie. Skóra wysuszona broni się produkując więcej sebum, więc w efekcie uzyskałam stan gorszy niż wcześniej. 

Płyn micelarny Yasumi miałam okazję testować poprzez subskrypcję Glossyboxa. Wiele dziewczyn było z niego niezadowolonych a na mnie wywołał świetne wrażenie. Zapach jest nieziemski a płyn bardzo dobrze zmywa makijaż. Do demakijażu oczu nie stosowałam - wolę produkty przeznaczone tylko do tego celu. 

Płyn micelarny SVR Provegol przeznaczony jest do cery wrażliwej. Mimo niedoskonałości borykałam się z problemem nadmiernie przesuszonej skóry i szukałam dla niej ratunku. Początkowo byłam bardzo zadwolona - skóra wróciła do równowagi, a płyn dosyć dobrze zmywał makijaż. W porównaniu z poprzednio posiadanym przeze mnie Eucerinem wydawał się być perfekcyjny. Butelka 500 ml zaczęła mi jednak ciążyć a ja sama zaczęłam odnotowywać wady tego produktu. Przede wszystkim zostawia niemiły film na skórze. Do demakijażu oczu się nie nadaje, no i cena jest dosyć wysoka. Zdecydowanie wolę Biodermę.  Plusem jest natomiast bardzo fajny skład - wyciąg z nagietka lekarskiego, alantoina, gliceryna, pH fizjologiczne. Bez alkoholu, bez mydła, bez konserwantów - parabenów !




Ziaja płyn do demakijażu oczu to płyn,  z którym mam problem. Jest dosyć wydajny, nie pozostawia tłustej warstwy, nie podrażnia skóry, ale z demakijażem radzi sobie średnio. Po użyciu wydaje się, że wszystko jest w porządku, by potem rano ujrzeć czarne ślady wokół oczu. Cena jest plusem - ok. 4 zł. Mimo to nie sięgnę po niego więcej. 

Lirene balsam do skóry suchej i normalnej to bardzo fajny produkt, który świetnie nawilża skórę. Nie pozostawia tłustej warstwy, długo sie utrzymuje i ładnie pachnie. Niestety ze względu na dużą butlę stosowałam go baaardzo długo przez co totalnie mi obrzydł. Nigdy więcej dużych opakowań.

Żel do mycia z Alterry miał być moim wybawieniem a niestety okazał się kompletną klapą. Bardzo chciałam wprowadzić do swojej pielęgnacji produkt pozbawiony SLS i SLES, ale okazało się, że brak piany według mnie równa się brak czystości. Zapach okazał się średni, brak detergentu nie wpłynął na stan skóry a ja miałam cały czas poczucie, że jednak nie umyłam się do końca. Jeśli chodzi o żele zdecydowanie wolę te z SLS ( z wyjątkiem rewelacyjnego Cetaphilu). 

Jedwab Farouk, CHI to bardzo dobry jedwab do włosów. W sklepie może być drogi, polecam Wam sprawdzić ceny na Allegro i zamówić od razu kilka sztuk.
Skład: Cyclomethicone, Dimethicone, C-1215 Alkyl Benzoate, Panthenol, Ethyl Ester of Hydrolyzed Silk, Phenoxyethanol, Parfum, D&C Yellow 11, D&C Red 17, Zinc Oxide, Titanium Dioxide, Mica, Boron Nitride Powder
W składzie występują oczywiście silikony, ale włosy bardzo dobrze na nie reagują. Są miękkie, gładkie, lśniące i nieobciążone. Wystarczy malutka kropelka produktu przez co jest on dosyć wydajny.

Krem do stóp Fuss Wohl z Rossmanna to również bardzo sympatyczny i tani krem, który całkiem przyzwoicie nawilża skórę. Stosowany z innymi zabiegami (np. moczeniem stóp w oliwce) i nakładany na noc grubą warstwą pod skarpetki pozostawia twardy naskórek pięt w niezłym stanie. Dla osób borykających się z problemem suchej, zrogowaciałej skóry może okazać się jednak niewystarczający. 

Na koniec zostały dwie sztuki zielonego korektora z firmy nieznanej ( napisy się starły a ja nie jestem w stanie sobie przypomnieć jaka to była firma!). Zielony korektor bardzo fajnie kryje naczynka i trądzikowe zaczerwienienia. Korektor w pisaku stosowałam przez bardzo długi czas i myślalam, że jest to dla mnie najlepsza opcja dopóki nie kupiłam korektora z Inglota, który nakladam za pomocą pędzelka. Jeśli chodzi o korektory w pisaku to ich największym mankamentem jest to, że zwykle "wylewają się" w ilości większej niż potrzebna. Do tego mają lejącą konsystencję, która w porównaniu z gęstością Inglota wypada raczej średnio. 



 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...