środa, 3 czerwca 2015

Projekt Denko : maj



Kolejny miesiąc za nami. Czy tylko mnie maj minął tak potwornie szybko? W większości zajęta byłam przygotowaniami do obrony, od 22 maja jestem panią magister :)  Pogoda niestety nie była najlepsza, ale mimo wszystko rozkwitające drzewa i zapach rzepaku naprawdę umiliły mi ten czas. Jeśli chodzi o zużycia kosmetyczne, to nazbierałam kilka egzemplarzy, aczkolwiek wciąż w moich szufladach zalega kilka produktów, które chciałabym już skończyć. Mam ochotę na kilka nowości, ale obiecałam sobie, że muszę najpierw zużyć to, co już mam. Muszę przyznać, że tworzenie tego typu postów sprawia mi wiele przyjemności - fajnie jest zobaczyć, że rzeczywiście zużywam to, co kupiłam, a ponadto mam wrażenie, że moje kosmetyczne potrzeby stają się coraz bardziej uporządkowane, a co za tym idzie zakupy stają się bardziej świadome.




Moją denkową opowieść chciałabym rozpocząć od produktów do włosów, których w maju zużyłam najwięcej. Olejek łopianowy z czerwoną papryką jest moim ulubionym olejkiem do włosów z GP. Najczęściej stosowałam go w połączeniu z olejkiem kokosowym albo Babydrem fur mama. Mimo że nie wpłynął na porost włosów, zaskoczył mnie tym, że nawet stosowany solo zawsze daje jakiś rezultat (co niestety nie zawsze się zdarza przy stosowaniu olejków). Jeśli macie ochotę poczytać więcej o olejkach z GP to zapraszam tu.




Szampony z Barwy towarzyszą mi już od 2 lat. Miałam okazję przetestować już kilka wersji. Tak jak pozostałe również wersja lniana ma prosty, nieprzekombinowany skład, a co najważniejsze bardzo skutecznie oczyszcza włosy. Mam wrażenie, że szampon miał bardziej śliską konsystencję niż pozostałe wersje, bardzo ładnie pachniał i miał piękną, niebieską barwę :)




Szamponów Batiste chyba nie muszę nikomu przedstawiać :) Stały się moim must-have i niejednokrotnie ratowały mnie w podbramkowej sytuacji, gdy nagle musiałam zacząć wyglądać jak człowiek. Mimo wszystko moja przygoda z suchymi szamponami nie rozpoczęła się najlepiej! Pierwszym tego typu produktem był Syoss, który potwornie śmierdział, a co gorsze pod wpływem słońca robił z moich włosów tłusty lep. W przypadku szamponów Batiste nic takiego nie zachodzi, dają one natychmiastowe odświeżenie i bądźmy szczere - mają boskie szaty graficzne. 




Alterra, Nawilżająca odżywka do włosów była produktem kupionym w afekcie. Moje włosy były w bardzo, bardzo złym stanie. Przesuszone, puszące się na końcach. Czułam się jak chodzący chochoł. Niestety w przypływie żalu i goryczy zapomniałam, że już ją stosowałam i efekty nie były powalające. Ani odżywka ani maska nie sprawdzają się na moich włosach najlepiej najprawdopodobniej dlatego, że nie lubią się one zbytnio z humekantami.




Ziaja, Liście zielonej oliwki to mój hit w dziedzinie demakijażu oczu. W związku z tym, że poświęciłam temu płynowi osobny post (klik), nie będę się w tym miejscu zbytnio rozpisywać. Produkt jest tani (7zł), skuteczny, zmywa nawet wodoodporny makijaż. Nie znalazłam jeszcze nic lepszego, a trochę już tego miałam.




Kolejny produkt, który zagościł na stałe w moim kanonie pielęgnacyjnym. Woda termalna Uriage daje mi to wspaniałe uczucie ukojenia oraz odświeżenia skóry. Stosowałam ją w ciągu dnia dla odświeżenia, po maseczkach, aby uspokoić skórę. Bardzo fajnie sprawdzała się również do zraszania twarzy pokrytej glinką. Jest o tyle wygodna, że nie trzeba jej ścierać tak jak innych wód termalnych :) Woda termalana to nie tylko bogactwo minerałów, ale również cudowny lek dla skóry. Bardzo przydatna w okresie letnim. Jeśli macie ochotę poczytać o niej więcej, zapraszam tu.




W maju udało mi sie zużyć również dwa peeligi Lirene. Pierwszy z nich to peeling gruboziarnisty do ciała, który ściera naskórek skutecznie, ale dosyć delikatnie. Nie pozostawia na skórze tłustej warstewki ani nie powoduje zaczerwienienia w związku z czym można go śmiało stosować tuż przed wyjściem. Pozostawia skórę gładką i zrelaksowaną. Jeśli chcecie poczytać o nim więcej, zapraszam tu.




Do peelingu enzymatycznego z Lirene wracam naprawdę często. Bardzo lubię jego lekkie, ale naprawdę skuteczne działanie. Mam wrażenie, że na mojej skórze spisuje się lepiej niż peeling enzymatyczny z Organique, który najprawdopodobniej jest zbyt silny. Najczęściej stosuję go raz w tygodniu, wspomagając się również ściereczką muślinową z The Body Shop. Zdecydowanie muszę nabyć w końcu pełnowymiarowe opakowanie.




Ostatnim majowym zużyciem jest woda toaletowa Oriflame, Lovely Garden. Jest to bardzo przyjemne dla nosa połączenie rabarbaru z "soczystymi zielonymi nutami i akordami ciepłego mleka". Całość zamyka waniliowa orchidea. Zapach zdecydowanie trafił w moje gusta. Subtelnie słodkawy, ale przełamany kwaskowatą nutą, nienachalny i lekki. W związku z tym, że jestem osobą niezwykle wrażliwą na zapachy i bardzo często reaguję bólem głowy, brzucha czy nudnościami, jestem przeszczęśliwa, że Lovely Garden był dla mnie tak łaskawy.

Jestem ciekawa jak wyglądają Wasze majowe zużycia!
Jeśli macie ochotę, zostawiajcie linki w komentarzach.




piątek, 6 marca 2015

Denko luty 2015


Mimo że luty to całkiem krótki miesiąc, udało mi się uzbierać całkiem spore jak na mnie denko. Być może to świadomość zbliżającej się wielkimi krokami przeprowadzki i chęć wyzbycia się dodatkowych kilogramów do przenoszenia, ale dawno nie udało mi się zużyć w jednym miesiącu tylu produktów, jednocześnie nie szalejąc z kupnem nowych (z wyjątkiem Esiaków w Hebe, tu już nie mogłam się powstrzymać). Jeśli jesteście ciekawe, co udało mi się zużyć i co sądzę o przetestowanych produktach, zapraszam do lektury :)




Balea Professional, Odżywka do włosów suchych i zniszczonych - słynna niemiecka odżywka dostępna w drogeriach DM, która spotkała się z uznaniem wielu dziewczyn. Z moimi włosami nie zrobiła natomiast nic - i to dosłownie. Po aplikacji i zmyciu włosy były w takim stanie, jakbym nie nakładała na nie odżywki. Czarną Baleę zużyłam więc do golenia nóg, gdzie sprawdzała się naprawdę fantastycznie! Pełna recenzja KLIK

Garnier, Oleo Repair - pisałam o niej porównawczą recenzję z Ultra Doux, Awokado i masło karite. Moim zdaniem to najlepsza odżywka drogeryjna, bowiem pozostawia włosy mięciutkie, sypkie i błyszczące. W moim przypadku spisała się o wiele lepiej niż wspomniana odżywka Ultra Doux. Po Oleo repair sięgam najczęsciej w sytuacjach, gdy nie mam czasu pożądnie zająć się włosami, a zależy mi na ich dobrym wyglądzie. Oczywiście nabyłam już kolejne opakowanie. Pełna recenzja KLIK




Equilibra, Intensywnie odżywiająca i regenerująca maska do włosów - bardzo fajna mieszanka humekantu oraz protein, która przypadnie do gustu dziewczynom, których włosy nie lubią ani humekantów ani protein w wersji solo. Bardzo fajnie, odżywia, nawilża oraz dociąża włosy, nie powodując puszenia czy efektu nadmiernego nawilżenia. Myślę, że zawiera w sobie zbilansowaną dawkę tego, co włosom jest potrzebne.W moim przypadku spisała się o wiele lepiej niż maska aloesowa Natur Vital. Na pewno kiedyś do niej wrócę. Pełna recenzja KLIK




Bebeauty, płyn micelarny - nie wiem, która to juz butelka, dawno straciłam rachubę. Za każdym razem, gdy zdradzę go z innym płynem micelarnym, bardzo szybko skruszona do niego wracam. Nie bardzo wiem na czym polega jego fenomem, ale moja skóra go pokochała (mój portfel również). Bardzo ładnie i szybko zmywa makijaż, nie podrażnia skóry, nie wysusza, pozostawia skórę miękką i gotową na dalsze zabiegi pielęgnacyjne. Dostępny oczywiście w Biedronce.

Bourjois, Płyn do demakijażu - hit blogosfery i wizażu w moim przypadku nie spisał się najlepiej. Nie bardzo mogłam zmyć nim do końca makijaż, miałam uczucie oblepienia twarzy, a moja skóra nie wyglądała na ładną, świeżą i zadbaną. Miałam wrażenie, że rozpulchnia mi twarzy i rozszerza pory. Zużywałam go przez bardzo długi czas ze względu na sporadyczne używanie.




Make Me Bio, Delikatny puder myjący - uroczy i bardzo skuteczny puder myjący oparty na glince kaolin oraz płatkach owsianych. Sprawdzał się nie tylko jako czyścik, ale również jako świetna maseczka (w połączeniu z olejkiem). Rozjaśnia cerę, niweluje przebarwienia, świetnie oczyszcza i zwęża pory. Mimo małego opakowania starczył mi na całkiem długo, chociaż muszę przyznać, że stosowałam go raczej oszczędnie. Wart wypróbowania, chociaż można się pokusić na małe DIY, bo skład nie jest zbytnio skomplikowany. Pełna recenzja KLIK




Isana, Balsam do ciała Masło shea & kakao - bardzo pojemny i ślicznie pachnący balsamik, który kupiłam z myślą o kremowaniu włosów. Jako że nie polubiły one zbytnio tej metody pielęgnacji, stosowałam go zgodnie z przeznaczeniem. Ładnie nawilżał, szybko się wchłaniał, pozostawiał skórę mięciutką na wiele godzin. W zasadzie nie mam się do czego przyczepić. 




Alterra, Olejek do masażu Migdały i papaja - produkt o bardzo szerokim spektrum zastosowania. W moim przypadku zakupiony został z myślą o olejowaniu włosów, ale tutaj nie sprawdził się najlepiej. Bardzo lubiłam stosować go po kąpieli czy prysznicu na jeszcze wilgotną skórę. Wspaniale nawilżał i odżywiał pozostawiając na skórze piękny zapach (oraz na piżamie). Bardzo fajnie sprawdził się także w pielęgnacji stóp oraz dłoni - a w szczególności przy olejowaniu paznokci. Jeśli chodzi natomiast o masaż, to olejek wydał mi się za mało śliski. 

Etja, Olej jojoba - mój hit pielęgnacyjny i odkrycie zeszłego roku. Fantastycznie wpływa na skórę twarzy. Nawilża, odżywia, redukuje niedoskonałości, reguluje wydzielanie sebum, zmniejsza przebarwienia... Mogłabym tak wymieniać bez końca. Jeśli macie ochotę zapoznać się bliżej z zastosowaniem olejku jojoba możecie przeczytać 17 powodów, dla których warto pokochać olej jojoba





Dove, Creme Mousse, Żel pod prysznic - typowy dla Dove produkt, którego największą zaletą jest zapach oraz mocne pienienie się. Bardzo wysuszał moją skórę, dlatego raczej nie skuszę się już na produkty Dove pod prysznic.

Fraicheur, Żel pod prysznic o zapachu wanilia - ten marokański żel podbił moje serce swoim cudownym waniliowym zapachem. Świetnie sprawdzał się pod prysznicem, a także jako płyn do kąpieli. Niestety również wysuszał skórę, chociaż w znacznie mniejszym stopniu niż Dove.


A jak wyglądają Wasze lutowe zużycia?
Wklejajcie śmiało linki :)




piątek, 8 lutego 2013

Zimowy projekt denko

 


Dziś post podsumowujący mój pierwszy projekt denko. Już jakiś czas temu zauważyłam, że kosmetyki wypadają mi z szafek, szaf, szuflad, pojemników i innych skrytek a nowe po prostu nie mają gdzie się podziać - i wtedy to właśnie natknęłam się na post o denkowaniu i postanowiłam spróbować. Na początku szło baaardzo opornie. Obiecałam sobie, że nie kupię nic nowego dopóki nie opróżnię tego, co mam. Miało zadziałać dobrze, ale na moją oporną psychikę zadziałało wręcz odwrotnie. Denkowanie irytowało mnie coraz bardziej a pokusa na zakup nowych rzeczy była coraz większa. Postanowiłam więc zmienić sytuację i znalazłam złoty środek - pozwalam sobie na kupno bez szaleństw, jeśli jakaś rzecz krzyczy do mnie "Hej Ty, musisz mnie mieć!", to ją biorę, bo wiem, że nie da mi spokoju. Przed każdym zakupem rozważam czy jest to coś czego mi naprawdę potrzeba czy zwykły kosztowny kaprys. I tak oto przedstawiam moje pierwsze denko z miesięcy zimowych, głównie stycznia, z którego jestem bardzo dumna :) 




Dwa peelingi - jeden 2 razy tańszy od drugiego i jednocześnie 2 razy lepszy. Zarówno peeling z Iwoniczanki jak i peeling od Oriflame bazują na soli, co sobie bardzo chwalę. Moja skóra zdecydowanie lubi się z peelingami solnymi. Według mnie Iwoniczanka bije Oriflame na głowę - lepiej ściera, lepiej nawilża i ładniej pachnie. Cenowo 2 razy taniej. Oczywiście żaden z nich nie jest w stanie zastąpić mi Pat&Rub, ale jeśli poszukujecie dobrego i przyjaznego cenowo ścieraka to polecam Wam Iwoniczankę.

Więcej o obu peelingach możecie poczytać tu:






Jeśli chodzi o zużycia "włosowe" to w grudniu i styczniu udało mi się skończyć szampon nawilżająco-regenerujący z Joanny.


Skład: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Sodium Chloride, Cocamidopropyl Betaine, Glycereth-2 Cocoate, Cocamidopropylamine Oxide, Polyquaternium-7, Mel Extract, Hydrolyzed Milk Protein, Propylene Glycol, Panthenol, Citric Acid, Disodium EDTA, Parfum, DMDM Hydantoin, Methylchloroisothiazolino ne, Methylisothiazolinone. 
Skład wydaje się być całkiem w porządku, ale rewelacji nie ma. Nie zawiera silikonów, pojawia się SLES. Oprócz tego zawiera ekstrakt z miodu, proteiny mleka i witaminę B5 (pogrubione). Nie jest przeładowany chemią, ale z tego co wyczytałam zamiast nawilżać może wysuszać włosy. I tak też się stało w moim przypadku. Więcej po niego nie sięgnę. 

Dwa opakowania nafty kosmetycznej zużyłam nie tylko do włosów - jako składnik maski jajecznej (więcej możecie znaleźć tu) , ale przede wszystkim do toniku pichtowego, który perfekcyjnie oczyszcza skórę z zanieczyszczeń.




W miesiącach zimowych udało mi się również zużyć tonik i 2 płyny micelarne. Garnier Czysta Skóra Active to dla mnie produkt zdecydowanie nietrafiony. Chciałam mieć w swojej kolekcji coś silnego, ale on okazał się jednak za silny. Tonik składa się przede wszystkim z alkoholu, co można wyczuć w jego okropnym spirytusowym zapachu i pieczeniu po nałożeniu na skórę. Zwęża pory, zasusza niedoskonałości, ale często stosowany wywołuje spustoszenie. Skóra wysuszona broni się produkując więcej sebum, więc w efekcie uzyskałam stan gorszy niż wcześniej. 

Płyn micelarny Yasumi miałam okazję testować poprzez subskrypcję Glossyboxa. Wiele dziewczyn było z niego niezadowolonych a na mnie wywołał świetne wrażenie. Zapach jest nieziemski a płyn bardzo dobrze zmywa makijaż. Do demakijażu oczu nie stosowałam - wolę produkty przeznaczone tylko do tego celu. 

Płyn micelarny SVR Provegol przeznaczony jest do cery wrażliwej. Mimo niedoskonałości borykałam się z problemem nadmiernie przesuszonej skóry i szukałam dla niej ratunku. Początkowo byłam bardzo zadwolona - skóra wróciła do równowagi, a płyn dosyć dobrze zmywał makijaż. W porównaniu z poprzednio posiadanym przeze mnie Eucerinem wydawał się być perfekcyjny. Butelka 500 ml zaczęła mi jednak ciążyć a ja sama zaczęłam odnotowywać wady tego produktu. Przede wszystkim zostawia niemiły film na skórze. Do demakijażu oczu się nie nadaje, no i cena jest dosyć wysoka. Zdecydowanie wolę Biodermę.  Plusem jest natomiast bardzo fajny skład - wyciąg z nagietka lekarskiego, alantoina, gliceryna, pH fizjologiczne. Bez alkoholu, bez mydła, bez konserwantów - parabenów !




Ziaja płyn do demakijażu oczu to płyn,  z którym mam problem. Jest dosyć wydajny, nie pozostawia tłustej warstwy, nie podrażnia skóry, ale z demakijażem radzi sobie średnio. Po użyciu wydaje się, że wszystko jest w porządku, by potem rano ujrzeć czarne ślady wokół oczu. Cena jest plusem - ok. 4 zł. Mimo to nie sięgnę po niego więcej. 

Lirene balsam do skóry suchej i normalnej to bardzo fajny produkt, który świetnie nawilża skórę. Nie pozostawia tłustej warstwy, długo sie utrzymuje i ładnie pachnie. Niestety ze względu na dużą butlę stosowałam go baaardzo długo przez co totalnie mi obrzydł. Nigdy więcej dużych opakowań.

Żel do mycia z Alterry miał być moim wybawieniem a niestety okazał się kompletną klapą. Bardzo chciałam wprowadzić do swojej pielęgnacji produkt pozbawiony SLS i SLES, ale okazało się, że brak piany według mnie równa się brak czystości. Zapach okazał się średni, brak detergentu nie wpłynął na stan skóry a ja miałam cały czas poczucie, że jednak nie umyłam się do końca. Jeśli chodzi o żele zdecydowanie wolę te z SLS ( z wyjątkiem rewelacyjnego Cetaphilu). 

Jedwab Farouk, CHI to bardzo dobry jedwab do włosów. W sklepie może być drogi, polecam Wam sprawdzić ceny na Allegro i zamówić od razu kilka sztuk.
Skład: Cyclomethicone, Dimethicone, C-1215 Alkyl Benzoate, Panthenol, Ethyl Ester of Hydrolyzed Silk, Phenoxyethanol, Parfum, D&C Yellow 11, D&C Red 17, Zinc Oxide, Titanium Dioxide, Mica, Boron Nitride Powder
W składzie występują oczywiście silikony, ale włosy bardzo dobrze na nie reagują. Są miękkie, gładkie, lśniące i nieobciążone. Wystarczy malutka kropelka produktu przez co jest on dosyć wydajny.

Krem do stóp Fuss Wohl z Rossmanna to również bardzo sympatyczny i tani krem, który całkiem przyzwoicie nawilża skórę. Stosowany z innymi zabiegami (np. moczeniem stóp w oliwce) i nakładany na noc grubą warstwą pod skarpetki pozostawia twardy naskórek pięt w niezłym stanie. Dla osób borykających się z problemem suchej, zrogowaciałej skóry może okazać się jednak niewystarczający. 

Na koniec zostały dwie sztuki zielonego korektora z firmy nieznanej ( napisy się starły a ja nie jestem w stanie sobie przypomnieć jaka to była firma!). Zielony korektor bardzo fajnie kryje naczynka i trądzikowe zaczerwienienia. Korektor w pisaku stosowałam przez bardzo długi czas i myślalam, że jest to dla mnie najlepsza opcja dopóki nie kupiłam korektora z Inglota, który nakladam za pomocą pędzelka. Jeśli chodzi o korektory w pisaku to ich największym mankamentem jest to, że zwykle "wylewają się" w ilości większej niż potrzebna. Do tego mają lejącą konsystencję, która w porównaniu z gęstością Inglota wypada raczej średnio. 



 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...